My status
Kategorie: Wszystkie | Maski | Optymistycznie | Szarość
RSS
poniedziałek, 10 lipca 2017
Burzowy lipiec

Jestem po pierwszych tygodniach urlopu. Tak bardzo potrzebowałam odpoczynku. Najpierw jednak trzeba odwiedzić rodzinę Pana M i właściwie moją też, więc jedziemy w piękne polskie góry. Mam w planach jazdę na rowerze, wycieczki po górach i  shopping w kilku wielkich centrach handlowych bo właśnie trwają wyprzedaże. A tu pogoda robi psikusa: znowu okazuje się, że wzięłam za mało ciepłych rzeczy. Jazda na rowerze była, ale tylko dwa razy, wycieczka w góry tylko jedna. jedynie zakupy udały mi się nad podziw dobrze. 

Za tydzień jedziemy nad jezioro. W planach znowu rowerowe eskapady, spływy kajakowe, kąpiele słoneczne i nie tylko, zwiedzanie, zwiedzanie i jeszcze raz zwiedzanie. Ja bardzo proszę o więcej pogodnego nieba. Koniec tych grzmotów proszę pana Lipca. Ja muszę odpocząć i kropka.

piątek, 03 lipca 2015
Karteczkowe szaleństwo

Przebywając w okresie jesiennym na długim zwolnieniu serfowałam sobie z nudów po sieci i przypadkiem "wpadłam" na nową technikę plastyczną zwaną embossingiem. No i wpadłam z kretesem. Najpierw kupiłam sobie maszynką do wytłaczania wzorów. Tłumaczyłam sobie że taka mała lekka będzie poręczniejsza i dzieciaki szybko zapoznają się z jej obsługą. Ale po dwóch tygodniach już mi samo wyciskanie wzorów w kartonie nie wystarczyło. Marzyło mi się posiadanie super fajnych wykrojników które pięknie wytną delikatne finezyjne wzorki i ..... kupiłam kolejną maszynkę za 400 złotycha potem rzuciłam się w wir zakupów :stemple, pudry, wykrojniki, papiery... Wydałam majątek, ale czuję, że pomału nasycam się swym stanem posiadania. Siedzę popołudniami i albo oglądam filmy instruktażowe na youtube albo tworzę karteczki... W pracy moje prace zrobiły furorę. Koleżanki tak jak i ja nie miały pojęcia o scrapbookingu i embossingu. Jednego czego mi brakuje to TALENTU. Mam nadzieję, że wkrótce nauczę się na tyle że zaczną mi wpadać moje własne pomysły na ciekawe karteczki.

krysia1

krysia31

kartka_Olgi_2kartka_Ali_220140917_220336

 

 

 

sobota, 01 lutego 2014
Służba zdrowia ciężko chora !!

Jak wspominałam w poprzedniej notatce po raz piąty zdarzyło mi się ropne zapalenie gruczołu Bartholina. Sprawa bardzo bolesna.... wrzut na dupie to w porównaniu z tym łaskotanie (tak sądzę bo nigdy na szczęście nie miałam wrzodu w tym miejscu) Ropień powiększał się bardzo szybko. W niedzielę nie ruszałam się za bardzo bo i siadanie i chodzenie a nawet leżenie w niektórych pozycjach sprawiało mi ból. Miałam nadzieję że pęknie i tym sposobem chociaż boleć przestanie. Poszłam w poniedziałek do firmy. Miałam zajęcia do 11 więc postanowiłam udać się do gina na rejon. Nadzieję miałam niewielką, ale co zrobić kiedy mój prywatny ginekolog przyjmuje jedynie we wtorki i w piątki popołudniu. O dziwo. Po przedstawieniu lekarzowi stanu rzeczy zostałam na rejonie zbadana i dostałam skierowanie do szpitała, bo ropień trzeba oczyścić. Przed przybyciem do izby przyjęć ropień mi pękł. W rejestracji pielęgniarka poprosiła lekarkę a ta stwierdziła, że po godzinie 15 nikt mi zabiegu oczyszczającego z ropy nie zrobi i wobec tego bez sensu byłoby abym spędziła noc w szpitalu. Kazała mi przyjść następnego ranka, nawet zapisała mnie w specjalnym zeszycie na godzinę 7. 15 abym nie musiała stać w kolejce. Przyszłam rano już o godzinie 7.00. Nikogo w rejestracji nie było. W sąsiednim pomieszczeniu słyszała rozmowy kilku kobiet. Byłam trzecia w kolejce .... Kiedy mijała godzina 7.15 usłyszałam zza ściany  zdanie "kobiety czekają" a potem odpowiedź "niech czekają! Piłaś kawę, zrobię ci" Zacisnęłam zęby i wtedy poraz pierwszy pomyślałam, że szkoda iż nie mam kamery, albo dyktafonu. Panie weszły do rejestracji 7.25. Przez cały czas się zastanawiałam dlaczego ktoś mnie zapisywał na 7.15 to wogóle nie miało sensu. Po wejściu na oddział ginekologiczny trafiłam na salę w której leżały pacjentki do szybkich zabiegów. Przyjęto nas wtedy sześć. Zabiegi rozpoczynały się o godzinie 9.00 Nie wiem na jakiej zasadzie ustalano kolejność pacjentek. Mnie wzięto ostatnią, była godzina 14.30 W zabiegowym czekał anestezjolog i lekarz. Zrobili krótki wywiad kazali coś podpisać położyli mnie na stole i.... stwierdzili, że nie będą dawać narkozy bo ropień prawie całkowicie się opróżnił. No była jeszcze sprawa ze środkiem znieczulającym, który został dla mnie pobrany, ale anestezjolog stwierdził, że nie ma sprawy i rozpisze się ten środek na oddziale położniczym. Przepłukano mi gruczoł specjalnym roztworem włożono sączek i niestety nie puszczono do domu bo trzeba to było dalej obserwować. Nie dostałam także żadnego antybiotyku bo ropień prawie nie istniał zdaniem pana doktora.  Widziałam jak pozostałe pacjentki wychodzą do domu. Na popołudniowym obchodzie przed godziną 15.00 wszedł lekarz, położna i sekretarka. pytali się o zwolnienie sekretarka zbierała nipy zakładów pracy... Położna udzielała krótkich instrukcji jak dbać o zdrowie i koniec Zostałam sama. Nie narzekałam. Nie bolało mnie, miałam tablet, książką do słuchania. Z domu dostałam smaczne jedzonko. Mogłam odpoczywać. Następnego dnia na obchodzie ordynator stwierdził, że dziś wyjdę. Tylko muszą jeszcze na to popatrzeć. Sączek mi już poprzedniego dnia wyleciał i czułam, że jednak coś w środku mam. poprosiłam na obchodzie o antybiotyk. W końcu tę dolegliwość miałam poraz piąty i za każdym razem miałam antybiotyk. Wkurzyłam lekarza. Oczywiście nie dał mi antybiotyku bo....

Tym razem przyjęto tylko trzy pacjentki. Miałam nadzieję, że będę mogła wyjść o 12.00 a wezwano mnie na badanie o godzinie 14.00 Wchodzę do zabiegowego a tam nie ma lekarza jest tylko położna, która właściwie nie wie co ma ze mną zrobić. Na szczęście była to pielęgniarka, która dorabia sobie w gabinecie mojego prywatnego gina. Przepłukała mi gruczoł jeszcze raz... obmacała i wezwała lekarza bo tak jak mi się zdawało ropa jeszcze całkowicie nie zeszła. Pojawił się pan ordynator pomacał mnie i zadał dziwne pytanie "Skąd pani jest" A co to do cholery miało znaczyć Czy to ważne? Może pytanie powinno brzmieć czyją jestem pacjentką? Tym razem byłam jednak niczyją. Poszłam z polecenia przychodni.... Lekarz spytał sięczy pobrano próbki na posiew. Nikt tego nie wiedział. Potem przekazał pielęgniarce aby zapisała mi antybiotyk. Nazwy antybiotyku już jej nie podał i powiedział że idę do domu. W ostatniej chwili zawołałam, że chcę zwolnienie. "pracuje pani?" zdziwł się Tak pracuję! Byłam w ściekła. Po zwolnienie miałam iść do sekretariatu. Wróciłam na salę ubrałam się. Nie poszłam do sekretariatu bo pamiętałam, że wczoraj na obchodzie... No ale tego dnia było całkiem inaczej. kiedy próbowałam dostać się do sekretariatu o godzinie 14,35 pokój był już zamknięty.  Zostawiłam swoje dane pielęgniarce  po zwolnienie miałam przyjść jutro, ale przypomniałam sobie o recepcie na antybiotyk. Tej również nie dostałam. Nikt się mną nie interesował. Nikt nie udzielał mi informacji. Nikt nie wiedział o zapisanym w karcie informacyjnym leku bo karta była zamknięta w sekretariacie. Tym razem nie wytrzymała. Nerwy mi puściły, ale nie zaczęłam wrzeszczeć pamiętając o leżących na oddziale kobietach. powiedziałam, że wiem, iż panie pielęgniarki z którymi rozmawiam, nie są winne, ale to nie moja sprawa abym musiała dopominać się o antybiotyk czy zwolnienie bo to nie do chorych należy chodzenie po sekretariatach i lekarzach i przypominanie się... Że nie poraz pierwszy leżę w szpitalu i jeszcze nigdy mnie tak źle nie potraktowano! Pielęgniarka wezwała lekarza. Ten zapisał mi jakiś antybiotyk i mogłam opuścić szpital! Na drugi dzień poszłam po zwolnienie. Otrzymałam też kartę informacyjną z której dowidziałam się że byłam znieczulona całowicie (uśpiona na około 30 minut) I dostałam receptę na antybiotyk inny niż  rzeczywiście. To wszystko! Na koniec dostałam dwa tygodnie zwolnienia, chętnie skorzystam, aby leczyć skołatane nerwy. Szpital Świętej Trójcy Jest całkowicie pozbawiony pracowników Służby zdrowia. Ludzie tam pracujący to w większości pieprzone obiboki z pretensją do świata, że za mało zarabiają. Dobrzy lekarze czy pielęgniarki giną wśród tego tłumu leni, dorobkiewiczów i oszustów. Koniec!

sobota, 25 stycznia 2014
Styczeń jest do "pydu"

Trzeba powiedzieć sobie szczerze, że ten nowy rok zaczął się mało atrakcyjnie choć pełno w nim niespodzianek.... Tyle, że to bardzo nieprzyjemne niespodzianki. Najpierw sprawa z samochodem :( Następnie Przeziębienie, które nie zdążyło się zakończyć a już po bardzo długim milczeniu (wszystkiego raptem 24 miesiące) odezwał się gruczoł bartholina. Pfu! I znowu wyląduję w szpitalu :(

19:03, krystynaza
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 stycznia 2014
Moje życie w necie

Dziś przejrzałam wpisy... nie wszystkie wpisy. Cofnęłam się do tych pierwszych z końca 2005 roku. O matko! To już 8 lat. Czytałam swoje zapiski czasem lakoniczne, no bo trzeba tak pisać żeby znajomni broń Boże przez przypadek nawet trafiając na mego bloga nie domyślili się o kim pisze :/ Ale ja i tak wiem co wtedy było dla mnie ważne. Przypominam sobie tamte emocje i sądy... Widzę dziś jak nieważne stały się dla mnie pewne sprawy.... postacie. Zaczęłam pisać z potrzeby serca, ale okazało się, że oprócz zwykłego "oczyszczenia się ze złych emocji" znalazłam tu także coś innego. Spotkałam pewnych ludzi... właściwie trzy wspaniałe kobiety, których nigdy w realu nie spotkałam, a które stały mi się tak bliskie jak prawdziwe najlepsze koleżanki... Widząc ich wpisy ogarnia mnie  smutek bo dziś jest tylko cisza ... Na szczęście jest jeszcze C, która nie porzuciła blogowania. Nie komentuje moich wpisów, bo nie ma co u mnie komentować. Na szczęście ona pisze a ja podczytuję o jej życiu i cieszę się.... Bardzo się cieszę, że wreszcie zaczęła "naprawdę żyć" - C tak pisze sama o sobie. :) Kraków za to milczy. Czasami zaglądałam do galerii Forty próbowałam dowiedzieć się czy jest szczęśliwa... Widziałam zdjęcia jej i naszej wspólnej koleżanki. Brakuje mi ich! Naprawdę. Żałuję, że ja przestałam pisać. Wynika to częściowo z zaborczości Pana M który pragnie spędzać ze mnąkażdą wolną chwilę, ale również i z tego, że nie mam już potrzeby wylewania myśli na papier. Mam Pana M. Jest moim przyjacielem.

8 lat to kawałek życia. Nie przypuszczałam, że to aż tyle. Dziś internet służy mi przeważnie do pisania maili i robienia zakupów, ale dziękuję za tych ludzi, których tu spotkałam. Za wszystkich ludzi łącznie z Panem M :) 

czwartek, 16 maja 2013
Niepełnosprawni jelenie

Tak, to nie żaden błąd gramatyczny. Właśnie o niepełnosprawnych, ktòrzy tak łatwo i prosto dają się robić w jeleni chcę dziś napisać. A zaczęło się tak, że po skręceniu nogi miałam problemy z kostką. Dowiedziałam się, że można kupić specjalne stabilizatory stawu skokowego. Oczywiście sprzęt dobrej jakości można nabyć w sklepach ze sprzętem ortopedycznym. Poszłam, zapytałam a pani bardzo miła i pomocna podała mi kilka wzoròw ortez stawu skokowego. Ten, ktòry mi się spodobał kosztował 350 zł. Miła pani poinformowała mnie, że gdybym miała receptę od specjalisty to zapłaciłabym tylko 150 zł. Ale dostać się do ortopedy w czasie gdy kostka boli jest jak wszyscy wiedzą niemożliwošcią... Więc byłam prawie zdecydowana kupić ortezę za 350 zł. Na szczęście istnije internet. Kto szuka ten znajdzie. Jeszcze tego samego dnia kupiłam ortezę za 139 zł z przesyłką. Więc jak to jest kurcze z tą refundacją?  Skoro ja kupiłam sprzęt bez recepty za taką sumę to na receptę powinien być już za darmo, nieprawdaż? Ale chory człowiek zapłaci i jeszcze się będzie cieszył, że tak mało... 

20:07, krystynaza , Szarość
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 kwietnia 2013
Szóstka

Barrrdzo boli mnie ząb. Tak bardzo, że pierwszy raz w życiu nie wiedziałam czy górna czy dolna 6. Okazało się, że dolna. Dentystka zaaplikowała lekarstwo a ja dalej nie mogę gryźć lewą stroną. Usnę na prochach!

22:49, krystynaza
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 listopada 2012
Absynthia i Mały Król

W kwietniu tego roku Absynthia rozstała się z Lordem. Wreszcie otworzyły się jej oczy. Piszę o tym, bo przed chwilą przeczytałam własny wpis z 2010 roku. Było to naprawdę moje (i nie tylko moje) pobożne życzenie. Absynthia w końcu powiedziała dość. Wykopała faceta z łóżka, mieszkania i z własnego życia. Nie obyło się bez awantur i bez scen na forum publicznym. Lord strasznie cierpiał ugodzony niesprawiedliwością losu, że stracił darmowy dach nad głową wikt i opierunek. No to co, że nie pracował? Czego ona od niego chciała przecież nie chodził na dziwki, nie latal po barach z kolegami tylko jak porządny mężczyzna wypijał trzy razy w tygodniu piwo w domu. Siedział w domu i chciał prowadzić remont. Gdyby były pieniądze to zrobiłby taki remont, że wycieczki by przychodziły oglądać ich mieszkanie. Siedział w domu i zajmował się dzieckiem... dopiero po ostatecznym rozstaniu Absynthia przekonała się, jaki facetem naprawdę był Lord. Za to Mały Król jest naprawdę wspaniały. Inteligenty ponad wiek. Śmiały, odważny. Mam nadzieję, że nie będzie zbyt podobny do ojca gdy dorośnie

17:08, krystynaza
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 października 2012
Gdzie są chłopcy z tamtych lat

Dziś uparłam się i podłączyłam sprzęt video do telewizora. Zaczęłam od kasety pt. "Kronika Rodzinna T. 1" Wszystko zaczęło się w styczniu 2000 roku, kiedy to kupiłam pierwszą kamerę (jeszcze analogową) Nagrywałam każdą wycieczkę, każdą uroczystość rodzinną a nawet, ot tak poprostu siedząc wieczorami nagrywałam członków swojej rodziny. Dziś wzruszenie ścisało mi chwilami gardło. Patrzyłam na nieletnich siostrzeńców (teraz najmłodszy ma 15 lat) Widziałam i slyszałam ciotecznego brata, który od dwóch lat spoczywa w grobie. Uśmiechałam się na widok  suni, mojej kudłatej przyjaciółki. Zawołałam pan M i o dziwo, on też siedział ze mną i z zainteresowaniem oglądał moją rodzinę z dawnych lat. Bo niby nas zna już, a jednak na tym filmie byliśmy całkiem inni. Wiadomo dzieci zmieniły się najbardziej, ale i my dorośli chociaż niby ci sami a jednak .... Mówiąc szczerze najbardziej dzisiaj wkurzały mnie okulary z tamtego okresu. Pan M patrząc na film powiedział do mnie czule "Moja Brzydula" Jasne... okulary były duże i okrągłe.... paskudztwo. Dziś już nie noszę okularów! Co za ulga. Operacja przyniosła ten skutek, że mogę wreszcie przestać szukać tych cholernych binokli. No i odpadnie również parowanie szkieł zimą.

Pan M szybko dodał, że to był tylko żart. Że byłam i oczywiście nadal jestem piękna. Oczywiście wierzę mu bez zastrzeżeń. O gustach się nie dyskutuje a piękno leży w oku patrzącego Czyż nie :)

piątek, 27 lipca 2012
Chwytaj dzień!

Bardzo rzadko ostatnio piszę. No cóż nie będę z tego powodu biła się w pierś. Do pisania potrzebna jest też wena, a o nią trudno, kiedy ciągle przebywasz z drugą osobą. Wyjazdy Pana M mają tę dobrą stronę, że mogę się zająć rzeczami, które kiedyś sprawiały mi wielką frajdę. Na przykład pisaniem pamiętnika ( eee sorry wróć) pisanie bloga. 

Wcześniej dużo rozpisywałam się o swojej firmie. Teraz dzięki bogu nauczyłam się traktować ją jako zło konieczne. Właściwie nie mam tam żadnych przyjaciół, sympatii ani antypatii. Ot istnieje jakaś grupa ludzi, których los wrzucił do jednego budynku i kazał ze sobą współpracować przez kilka godzin dziennie. Nawet do Maestro mam już stosunek obojętny. Przestał mnie denerwować czy śmieszyć. Na jego złe humory wzruszam ramionami mrucząc do koleżanki "Ten typ tak ma" Trzeba cieszyć się życiem a nie żyć problemami innych. Nie, nie jestem zimną suką. Przejmuję się nieszczęściami innych, ale z umiarkowaniem. W tym roku zmarła nasza koleżanka. Był to dla wszystkich prawdziwy wstrząs. Miała 29 lat. Znaliśmy ją od dziecka. Zawsze marzyła aby zajmować się dziećmi. Sześć lat temu wyszła za mąż miała uroczego 3 letniego synka. Była wrażliwa, wesoła, bardzo lubiana w naszym gronie. Zawsze żyła na pełnych obrotach. W zeszłe lato postanowiła z rodziną pojechać do Turcji. To był prawdziwy pech że miesiąc wcześniej jej mąż stracił pracę. Rodzina zadawała jej pytanie: Czy to mądrze w tak trudnym okresie jechać za granicę. Ale Monia uśmiechała się i uspokajała wszystkich: Spokojnie pieniądze w końcu się znajdą, praca też. Ten wyjazd to naprawdę super okazja a kto wie czy kiedykolwiek będziemy mieć jeszcze taką możliwość. Przewidziała to? Czy powiedziała w złą godzinę? Nie wiem. Wakacje miała bardzo udane a 24 grudnia zmarła niespodziewanie w skutek komplikacji po poronnej. Nic nie dadzą teraz starania rodziny, aby zmusić lekarzy do przyznania się do winy. Monia nie żyje. Jej mały synek przestał biec do telefonu licząc że to mama dzwoni z nieba. Poszła do nieba, w porządku, ale kiedy wraca? Pytało dziecko. Teraz przestało o to pytać.  Życie toczy się dalej. Na miejsce Moni zatrudniono inną dziewczynę.   Dalej robimy imprezy dla dzieci. Dalej bawimy się, kłócimy, jesteśmy zazdrośni o wpływy u dyrekcji itp itd... Tzn. nie MY, bo ja staram się chwytać dzień i cieszyć się każdą chwilą.

Właśnie tak! :) 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31